Czy Wy też nie możecie się oprzeć spadającym kasztanom i zbieracie ile się da?:-)

My nie jesteśmy w stanie przejść obok kasztanów obojętnie i zawsze wracamy ze spacerów z pełnymi kieszeniami. Potem można ugotować z nich zupę kasztanową. Albo zrobić z Tatą ludziki (Stojącego Ludzika, Siedzącego Ludzika, Kota i Myszkę). Albo po prostu potrzymać je w dłoniach i poprzyglądać się, jakie są piękne i jakie brązowe – tym najpiękniejszym, błyszczącym, kasztanowym brązem.

Ano, jesień przyszła, a właściwie nawet przybiegła. Jeszcze niedawno rozkładałyśmy na balkonie koce i poduszki, urządzając sobie „imprezy na plaży” (jak je nazywała Olka) z lemoniadą i pysznym jedzeniem, a wczoraj wieczorem zamykałam okna na noc, co w zasadzie nam się nie zdarza. Zimno, panie dzieju, zimno!;-)

Tymczasem Olka zaczęła przedszkole i łapie jednego wirusa za drugim. A my z nią. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dużo chorowałam:/ Choć i tak najbardziej żal mi Oli, bo już chciałaby być zdrowa i wrócić do przedszkola. Łyka „paskudztwa”, pozwala odciągać katar i robić inhalacje wedle zaleceń pani doktor, pije herbatę, a nawet zakłada skarpetki, dzielnie powtarzając, że: „Prawdziwy pingwin kaszki się nie boi!” (Pozdrawiamy serdecznie innych fanów Pik Poka!:-))

Długo szukaliśmy przedszkola i, jak na razie, nasz wybór wydaje się strzałem w dziesiątkę. Na razie umówiliśmy się na próbny miesiąc i zobaczymy, co dalej. Ola wytrzymuje w przedszkolu 3-4 godziny i podejrzewam, że jeszcze przez jakiś czas się to nie zmieni, więc omija ją sporo przedszkolnych atrakcji, które dzieją się popołudniu, ale i tak bardzo jej się podoba. A ja jestem spokojna – wiem, że dobrze się nią opiekują.

Tylko trochę tęsknię za towarzystwem, za pogaduchami, nastrój sinusoiduje mi jesiennie. Dzieją się różne złe i dobre rzeczy, życie biegnie do przodu.

Ale może tak właśnie ma być?