poczytałam niedawno u Agi o błędnym kole i od razu nasunęła mi się myśl, że niepokojąco to wszystko znajome.

i jeszcze dodatkowo – że prawdziwych przyjaciół nie poznaje się w biedzie, tylko posiadając dzieci. bo wbrew obiegowej opinii, z dzieckiem się da. wyjść się da, pojechać się da, odwiedzić się da, naprawdę wiele się da, nie narzekam na to. ale zdecydowanie nie jest to już tak, jak było wcześniej. zwłaszcza, jeśli mamy dziecko w wieku przedsamodzielnym, które jeszcze naprawdę często potrzebuje nas do zabawy, do życia.

spokojne, długie rozmowy przy kawie odchodzą w zapomnienie, a zaczynają przypominać gorączkową dyskusję z chorym na zespół Tourette’a (a jeśli obie osoby są z dzieckiem to już w ogóle cyrk na kółkach). treściogodziny rozmowowe znacząco tracą na jakości. umawiać się można tylko poza godzinami drzemek i najlepiej przed kąpielą. no, chyba, że nasz egzemplarz sypia na spacerach, wtedy można jeszcze pójść na spacer i wtedy w miarę spokojnie pogadać. za to odwiedzający nas w domu „ciocia” lub „wujek” muszą obligatoryjnie obejrzeć wszystkie zabawki i przeczytać na głos jakąś kartonową książeczkę. czasem też uczestniczyć w wieczorku herbacianym. albo przedstawieniu teatralnym. albo w grupowym lepieniu figurek z ciastoliny.

nie każdy ma na to ochotę. nie każdy chce tracić czas na takie spotkania, przymknąć oko na różne sprawy, pójść na rękę. (skądinąd, Bogu dzięki za tych, którym się chce, którzy są, nawet na przekór.) nie każdy nadal uważa takie spotkania za wartościowe.

znajomości się rozluźniają, czas pomiędzy spotkaniami wydłuża. telefony milkną. kartki okolicznościowe przestają przychodzić.

rozumiem to, naprawdę. rozumiem też, że także moja część wkładu znajomościowego pozostawia wiele do życzenia. i to zupełnie abstrahując od posiadania dziecka. nie bardzo radzę sobie z utrzymywaniem więzi. odsuwam w nieskończoność i często w rezultacie zapominam odpisać na SMSa, oddzwonić, napisać maila czy list. bo przecież ta osoba na pewno ma ważniejsze i ciekawsze sprawy niż czytanie moich wypocin napisanych ostatnim tchem przed padnięciem do łóżka. bo przecież ja zupełnie nie wiem o czym napisać. bo może za chwilkę odpiszę, jak tylko umyję gary/ugotuję obiad/odpocznę/zrobię zakupy/dziecko będzie miało drzemkę. tak na świętego nigdy najpewniej. ad Kalendas Graecas.

z jednej strony się cieszę, bo z mojego życia zniknęły osoby, dla których nie byłam ważna. które żerowały sobie na ploteczkach z mojego życia, cieszyły z niepowodzeń. albo które zwyczajnie miały mnie gdzieś. z drugiej strony jednak, wyraźnie widzę, że bardzo niewłaściwie wybierałam sobie znajomych, że niewystarczająco dbałam o tych naprawdę ważnych.

i smutno mi. tak zwyczajnie, po ludzku smutno.

 

ale jednak znacznie ważniejsze jest, że czas coś z tym zrobić. czas odkopać, co jeszcze nie zakopane zbyt głęboko. czas napisać, zadzwonić, spotkać się. dopóki nie jest za późno. dopóki coś jeszcze można zrobić. czas otworzyć się na innych. poznać. poszukać wokół ludzi, z którymi można się spotkać, porozmawiać, powymieniać poglądami, podyskutować, pobyć.

choć troszkę. choć kilka kroków. byle do przodu.

 

i jeszcze czas, by podziękować tym, którzy są. dziękuję Wam, drodzy Przyjaciele i Znajomi. dziękuję Wam z całego serca. wiem, że nie jest Wam ze mną łatwo.