dopadło Olkę Prawdziwe Choróbsko. z gorączką, migdałkami jak arbuzy, chrypą jak tydzień grillowania na Miasteczku Studenckim. z pierwszym antybiotykiem. byłoby się może obyło, ale jednak infekcja bakteryjna, z ropiejącymi oczami na dodatek i zakusami dość poważnymi na niższe elementy układu oddechowego. na szczęście oczy dały sobie spokój. gorączka też przystopowała. żyjemy. pojawił się niewielki kaszelek, jeśli nie minie, skonfrontujemy go z panią dr po weekendzie.

dzielne nasze dziecko od drugiego dnia przyjmowania leków stara się przyjmować je bez jęków i z godnością osobistą, jesteśmy pod wrażeniem, chyba rozumie, że jej pomagają.

a od kiedy wczoraj gorączka trochę odpuściła, Ola nadrabia za poprzednie dni, choć w ogóle wesoła jest w tej chorobie. z ogromnym apetytem i chęcią do brykania. tylko powyżej 39 robi się niefajnie. ale to już – chyba – za nami.

Babcia E. nawiedza nas w nieszczęściu, zaopatrując w części składowe obiadu (najczęściej pulpeciki z sosem paprykowo-pomidorowym albo indyk w pomarańczach + pieczone jabłuszko z majerankiem/pieczona papryka + zupa). znacznie upraszcza mi to gotowanie:-)

czekamy weekendu, zwłaszcza dzieć, który w swoim chorobowym nieszczęściu co i rusz wzywa Tatusia, bądź też chodzi po mieszkaniu i pokazuje różne elementy garderoby lub innych przedmiotów osobistych Tatusia i donośnie woła „tata”. zasypiając też woła. i budząc się. córeczka Tatusia:-)

ufff. za dużo na głowie, za dużo. dopiero cośmy mieli fajną okazję do odpoczynku, a tu już przydałaby się kolejna. samotnych wakacji mi trzeba!

… tja. codziennie bym dzwoniła. a wróciła najdalej drugiego dnia. ech… 😉