(w centrum handlowym, ok. 4-letni chłopiec stoi w kącie „małpiego gaju”, z rączkami wczepionymi w kratkę ogrodzenia i woła rozpaczliwie)

Chłopczyk: Taaato! Taaaaaato! Taaaato! Taaaaaato!…

byłam tam dłuższą chwilę, chłopczyk cały czas wołał. przypuszczam, że rzeczony tata jadł akurat obiad i nie zwracał uwagi na dziecko, bo ta część „małpiego gaju” wychodziła akurat na część restauracyjną.

nie chcę komentować, bo pewnie powiedziałabym coś niecenzuralnego. mnie krajało się serce, ale nie wiedziałam, czy mogę coś zrobić tak, żeby chłopiec nie miał żadnych nieprzyjemności później:/

nie wyobrażam sobie, że mogłabym zostawić w takim miejscu mojego Grumpełka i gdzieś sobie pójść. przecież w każdym momencie moje dziecko może mnie potrzebować, zwłaszcza taki kilkuletni maluch. a co z sikaniem, piciem, jedzeniem? a co z sytuacjami, kiedy się wywróci lub uderzy i potrzebuje pocieszenia? a co z poczuciem bezpieczeństwa i zaufaniem do rodzica?…

nie rozumiem. i, co ważniejsze, nie chcę wcale rozumieć.