uffff, i po chrzcinach – ale relacją podzielę się dopiero jak będą zdjęcia;-)

tymczasem podaliśmy Oli pierwszy posiłek inny niż mleko. padło na marchewkę z ziemniaczkiem (na razie słoiczkowe). jadła aż jej się uszy trzęsły. generalnie pół słoiczka zostało zjedzone/wmasowane w otoczenie. pierwsze próby uznajemy za absolutny sukces!

długo się zastanawialiśmy nad tym, oj długo. bo BLW mi się podoba, bo chciałam dopiero po sześciu miesiącach wprowadzać nowe, bo różne inne sprawy. ale poobserwowałam Olę i doszłam do wniosku, że jest gotowa na poznawanie nowych smaków – i wydaje mi się to strzałem w dziesiątkę. żadnych brzuszkowych problemów, a wręcz kupki wreszcie trochę lepsze (bo od jakiegoś czasu strasznie płynne miała, pomimo podawania różniastych kropelek), dziecko szczęśliwe, wszystko w promieniu kilometra wypaćkane marchewką;-)

jakby co – dzieć sam się tak zaśmiewał, nie rozśmieszaliśmy go (co jest o tyle dziwne, że na ogół jak widzi aparat to przestaje się śmiać).

najpierw ja podawałam na łyżeczce, ale szybko Oleńka uznała, że w końcu nie jest już przecież małym niemowlaczkiem, tylko prawie pięciomiesięcznym młodym człowiekiem, więc zje sobie sama. i, co ciekawe, jadła:D trzeba jej było tylko nabrać na łyżeczkę, ale potem już sama trafiała łyżeczką do pysia, ciumkała i domagała się kolejnej porcji:-) koniec nastąpił gdy zabawa jedzeniem była ciekawsza niż samo jedzenie:D