kolano chyba się goi, nadal kuleję i boli, ale chodzę już bez kuli. jest nieźle;-)

wczoraj poszliśmy do spowiedzi – jak zawsze do Dominikanów – i zabraliśmy z sobą Oleńkę. była bardzo grzeczna:-) to było piękne – być z nią w tym samym kościele, gdzie przecież tak niedawno braliśmy ślub.

wreszcie zaczęliśmy zabierać Olę do kościoła – wcześniej jakoś tak nie umiałam się zebrać. bałam się, że będzie głodna, a u nas średnio jest gdzie nakarmić w kościele. i w ogóle jakoś tak martwiłam się małym kościółkiem, napchanym ludźmi i mnóstwem zarazków w sezonie przeziębieniowym. niesłusznie, ale jednak.

ale w Niedzielę Palmową byliśmy już w komplecie w kościele, my z naszą palmą, a Olka ze swoją:-) a dziś również mamy przygotowane dwa koszyczki. Oleńka w swoim ma pierniczkową pisankę, małą owieczkę-solniczkę, kawałeczek chlebka i kabanosa;-) (bo kiełbaska była za duża na jej mały koszyczek). i cieszę się bardzo:-) już jej nawet opowiadaliśmy o tradycjach wielkanocnych i o tym dlaczego wkłada się do koszyczka poszczególne elementy. i chciałabym jej tak opowiadać co roku, aż sama będzie wiedziała.

lubię Wielkanoc. Dzielny Mąż mówił mi, że słyszał w radio bodajże dominikanina mówiącego, że nie powinniśmy smucić się w Wielkanoc – chodziło mu dokładniej o drogę krzyżową, że nie chodzi o smutek, ale o bycie przy Jezusie, o towarzyszenie mu. i ja rozumiem Wielkanoc przede wszystkim jako radosne święto, jako święto życia i radości. te smutne elementy też muszą być – jak w życiu, ale całościowo to po prostu mnóstwo mnóstwo radości, zwycięstwo życia nad śmiercią. i to nie tylko w wymiarze boskim, ale też takim zwyczajnym, życiowym. owszem, wszyscy kiedyś umrzemy, ale urodzi się też całe mnóstwo maluszków, ziemia co roku po zimie będzie okrywać się zielenią na wiosnę, z jajek będą wykluwały się pisklątka. życie będzie trwać.

wesołych Świąt, Wam obchodzącym i nieobchodzącym, niech Wam przyniosą radość życia i umiejętność cieszenia się tym, co mamy.