no niech szlag jasny trafi!

siedzę właśnie na naszej kanapie, obstawiona jedzeniem, wodą i komputerem, żebym jak najmniej wstawała. otóż, proszę Państwa, znowu skręciłam sobie kolano. tym razem, chwała Panu, raczyło wskoczyć na miejsce od razu, więc przynajmniej mogę chodzić.

ale po kolei. przygotowywałam sobie śniadanko odwróciłam się żeby sięgnąć po chlebek, a tu bęc, nagle znalazłam się na podłodze wyjąc z bólu i strachu, z kolanem wystającym w dziwną stronę. na szczęście zupełnym przypadkiem Dzielny Mąż był jeszcze w domu (umawialiśmy się na konsultacje chustowe rano, ale dziewczyna jednak nie dała rady, coś jej wypadło), więc przybiegł, podniósł mnie z podłogi – i na szczęście jakoś tak się oparłam na tej nodze, że przy wstawaniu kolano wskoczyło na swoje miejsce. i z bólu o-żesz-kurwa-ja-pierdolę zostało tylko tępe pulsowanie i strach, że za chwilę znowu wyskoczy.

i znowu na szczęście – w mieszkaniu nadal są dwie kule, jeszcze po zeszłorocznym „wyskoku” kolana, więc mogę się w miarę skutecznie poruszać po mieszkaniu, niewiele ryzykując. najgorzej z Grumpełkiem – ale dam radę z nim usiąść do karmienia, wstać z nim i odłożyć go do łóżeczka, chociaż jednak nieco boli przy tym i wolałabym tej akcji nie powtarzać zbyt często. mam nadzieję, że Grumplątko nasze nie będzie dziś miało dnia tulania się do mamusi, bo za Chiny Ludowe nie będę z nią chodziła po pokoju.

pierwsze o czym pomyślałam jak już DM podniósł mnie z ziemi, to co by było, jakbym stała z Olą na rękach. DM bardzo ładnie mnie pocieszył mówiąc, że przecież mam instynkt mamusi, więc bęcnęłabym tak, żeby Grumpła nie uszkodzić. nie wierzę, ale jakoś muszę żyć, więc wmawiam sobie, że tak by było.

bo z kolanami lepiej nie będzie. mimo, że kilogramy nieco spadły, a ja dużo więcej chodzę i ćwiczę, to nadal problem. i boję się, że ten problem już będzie, tylko coraz bardziej.

jak to było z tym parszywym nastrojem?;-) wolałabym chyba czekoladę albo frytki jako lekarstwo;-)

bo tak się składa, że najczęściej im bardziej beznadziejna sytuacja, tym ja bardziej żartuję i się śmieję (oczywiście po ochłonięciu po pierwszym przerażeniu/złości/itp). bo jak jest naprawdę źle, to dołek jest stratą czasu.

trzymajcie kciuki, żeby moje obolałe więzadła szybko wróciły do normy – w końcu z dzieckiem trzeba na spacer!;-)