uwagi ogólne i wspomnienia „jak nam fajnie na wakacjach” będą niebawem, a dziś pomarudzę:-)

wczoraj miałam okazję pozwiedzać wejherowski SOR ginekologiczny. doszliśmy z Dzielnym Mężem do wniosku, że powinni dawać odznaki, jak harcerzom, za odpowiednią ilość obejrzanych SORów krajowych i zagranicznych. w każdym razie trochę mi się plamiło. no i ja, jak to ja, panika na całego. Dzielny Mąż, jak to Dzielny Mąż, spokój totalny. i nawet pamiętał nasz numer kasy chorych (czy jak jej tam), o który wszyscy nas w szpitalu pytali:-) ech, umarłabym bez niego. jak nic!

w szpitalu stanęło na opinii pani dr, że to łożysko wstępnie przodujące, plamienie malutkie, więc mam się oszczędzać. oszczędzanie byłoby fajne, gdyby nie absolutnie paskudna i nie do przyjęcia luteina podjęzykowa. blah. blah. BLAH. co za szatański umysł to wymyślił??? gorzkawe coś o zapachu wanilii – człowiek się nastawia, że a nuż będzie słodkawe i zdzierżymy jakoś, a tu mu się po jamie ustnej rozprowadza paskudztwo, które nie chce puścić, czegokolwiek by człowiek nie jadł, nie pił czy czymkolwiek by pysia nie płukał. BLAH. jeszcze dziś dzwonię do mojej pani dr z pytaniem, czy NAPRAWDĘ muszę tego żreć aż tyle…

zaczynam podejrzewać swoje przyszłe dziecko o narcyzm. już dwie wizyty pani dr nie robiła mu zdjęć na USG i podejrzewamy, że plamienie zorganizowało, żeby wreszcie mieć zdjęcie.. a w poniedziałek mamy połówkowe USG i miałby takie śliczne fotki! to nie, nie poczeka, melepeta jedna.. 😉

wracając jednak do SORu, zaskoczona jestem przyjemnie miłą obsługą spotkaną w szpitalu. wszyscy z uśmiechem i życzliwie wskazywali drogę zagubionemu w szpitalnych kazamatach tygryskowi. co prawda panie z samego SORu przerwały tę dobrą passę, ale i tak mile wspominam pobyt. nawet bez odznaki;-)

tymczasem – z paskudztwem pod językiem – kończę uzewnętrznianie żalu do całego świata:-)