dopiero co był poniedziałek, a już środa..

w każdym razie, w poniedziałek byliśmy u pani dr. nasza Groszko-żaba nadal nie chce żeby ją oglądać w sytuacjach intymnych, więc pływa tam i z powrotem, żeby przypadkiem ktoś się za długo nie przyglądał albo, co gorsze, nie słuchał bicia serca dłużej niż kilka sekund. w końcu to Groszka serce, ot co!:D

czuję się trochę spokojniej. 15 tygodni za nami. i czuję się dobrze, staram się jeść co mam jeść, pić ile mam pić, łykać co mam łykać. plamień nie ma, brzuch boli raczej tak na „rozciąganie” i to z rzadka, żadnych skurczopodobnych bólów. ufff.

Dzielny Mąż wprawił spotkaną w sklepie sąsiadkę w zachwyt swym wyznaniem, że kupuje owoce, bo musi wykorzystać ciasto francuskie, bo się data ważności kończy. już mu wytknęłam oczywiście, że mi teraz obce baby zaczną zazdrościć gotującego męża i będą chciały podebrać. a jak podbiorą to się gorzko rozczarują, bo mnie też dostaną w komplecie – i nie dość, że trzeba będzie o DM dbać, to jeszcze o mnie. a która baba to wytrzyma?;-)

btw. DM indeed zrobił ciastka francuskie, jeszcze nie jadłam, ale wyglądają pysia pysia;-)

no więc – nie narzekamy <przesadnie>. dobrze jest.

dziś jestem umówiona na USG kolanka, jutro do ortopedy, a potem wreszcie będzie można odpocząć (i posprzątać mieszkanie na przykład) 😉

i chciałabym kupić sokowirówkę. o jeny, jak za mną chodzą świeżo wyciskane soki z owoców..