wzięło mnie. całkiem.

Poświatowską od zawsze darzyłam szczególnym uczuciem. zaczęło się tak zwyczajnie, „dziewczyńsko”. bo smutne, bo piękne, bo o miłości, tak po mojemu. bo można się było pod wieloma podpisać swoim własnym imieniem. bo to był taki okres – marzeń i tęsknot za wielką, nieogarnialną zmysłami miłością. bo mnóstwo innych powodów.

a potem doszła do tego znajomość jej życia. i znajomość siebie samej. i to, że nadal znajduję siebie w jej słowach. że nadal przemawiają do mnie mocno, głęboko, do łez.

pana Radka niekoniecznie lubiłam i wciąż niekoniecznie lubię. ale szczerze mu wdzięczna jestem za tę jedną piosenkę. pewnie ją znacie. pewnie tak, ale mimo to chciałabym się z Wami nią podzielić.

i ja czasem piszę listy. głupie bardzo. nie wszystkie na papierze, wiele z nich tylko w głowie. głupie bardzo, wszystkie bez wyjątku.

chciałabym umieć, jak Holly Golightly, usiąść w oknie z gitarą i wyśpiewać te moje tęsknoty. choćby i z ręcznikiem na głowie. tylko trzeba by jeszcze Freda, żeby wysłuchał i zrozumiał.

smutno mi. czy może – melancholijnie.