nie lubię definitywności. nie lubię słuchać, że coś będzie takie a takie – i nie ma wyjścia.

martwię się teraz od jakiegoś czasu. ktoś… tak, przyjaciel! mówił o nieodwołalności. a ja czteroletnio, dziecięcoegoistycznie nie chcę. nie chcę i już! i tup nóżką <czy tam łapką, w przypadku tygryska>. i wciąż nic nie wiem. i nie umiem nic zrobić.

tak chciałabym umieć grać na gitarze. móc usiąść sobie teraz na parapecie – tak, „Breakfast at Tiffany’s” – i wyrzucić z siebie te obawy, lęki i smutki wszelakie.

studia, poszukiwanie pracy. dużo planów – choć boję się, że snucie ich zapeszy i nic z nich nie wyjdzie.

książki na półkach, kostki na biurku – a ja wciąż wolę niepoprawnie tonąć w innych światach zamiast studiować wnikliwie Josepha Conrada.