… dni
mieniące się czerwienią wina…

przecudowny dzień i przecudowna wycieczka:-) – i to naprawdę nieważne, że glany były ciężkie i trochę bolały mnie łapki <te dolne;D>, i że było koszmarnie zimno. nieważne – bo był przy mnie i trzymał mnie za łapkę <tę górną;-)> ten jeden, jedyny, najważniejszy człowiek:-):*

…bogatsze o pocałunek
dany na brzegu chodnika…

śmiałam się, tulałam, całowałam, potykałam o własne stopy, kładłam na ziemi z prośbą o dobicie i przysypanie kamieniami „żeby psy nie rozniosły”;-), jadłam kanapki z pasztetem, zostałam pierwszym „naskałkowym” tygrysem;-), a nawet grałam w domino w autobusie MPK:D <i wygrałam nawet;D patrz niżej;-)>. dwoma słowami;-) – cudownie było:D

domino:-)

…od którego serce
staje się listkiem brzozowym
na wietrze…

a potem jeszcze przeurocze posiedzenie przy herbacie sponsorowanej przez Bibliotekę Jagiellońską;D
i słowa, i gesty, i dotyk, i zdobyczny kielonek, i zasady pisowni z „Winnie the Pooh”, i cyjanek w herbacie, i szlaki kapuściano-rowerowe, i dzikie śfinie, i żelki Gacki, i tęsknie wypatrywane przystanki MPK, i rysowanie w pamiętniku nowymi kredkami, i przewracające się domino, i tulanie się w autobusie przy okazji przypominania sobie „jak to było” – i z tysiąc innych rzeczy przywołujących na twarz uśmiech:-)

Takich dni
trzeba się nauczyć
na szczęśliwą pamięć

ale nie zamierzam się ich tylko uczyć – zamierzam je powtarzać:-)
dziękuję:*(*)